SENTYMENTALNIE O ISLANDII #1


Pomimo surowego klimatu, powściągliwości ludzi i cen niczym z kosmosu, Skandynawia wydaje się być dla mnie idealnym miejscem do życia. Obok Japonii to zawsze będzie cel numer dwa na mojej liście podróżniczej. Jednak choć do Japonii ciągnie mnie bardziej, to wydaje mi się, że nie mogłabym tam wytrzymać dłużej niż 2 lata. Z kolei w Finlandii czy Islandii byłabym w stanie spędzić ostatnie 20 lat mojego życia. A wszystko za sprawą tygodniowego pobytu w Islandii, który pozostawił niezatarte wspomnienia. Te niecałe 7 dni wystarczyły, abym zobaczyła śmierć w oczach, odbudowała się po kolejach losu, przełamała własne słabości i nawiązała znajomości na całe życie.

Wszystko zaczęło się od przypadkowej domówki, na której dowiedziałam się od Macieja, z którym wcześniej studiowałam stosunki międzynarodowe na studiach I stopnia, że jest otwarta aplikacja na szkolenie BiTriMulti, organizowane w ramach Programu „Młodzież w Działaniu”. Z czystej ciekawości przesłałam swoje zgłoszenie, w ogóle nie myśląc o możliwości wyjazdu. Ku mojemu zaskoczeniu otrzymałam pozytywną odpowiedź. Jeszcze z większym zaskoczeniem spotkałam się, gdy dowiedziałam się, że z Polski jadą 3 osoby, w tym 2 z Torunia – Ania i Tomek, którzy podobnie jak ja byli studentami na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Zbieg okoliczności?

Niedługo później zaaranżowaliśmy u mnie wspólne spotkanie, aby poznać się oraz kupić bilety na ten sam lot i z utęsknieniem wyczekiwaliśmy pierwszego dnia wylotu. W ostatnim tygodniu dograliśmy wszelkie szczegóły, podzieliliśmy się ostatnimi wątpliwościami oraz podekscytowaniem i następnym razem spotkaliśmy się już na lotnisku.

Lecieliśmy z przesiadką w Kopenhadze. Co prawda ogromne lotnisko, które spokojnie mogłoby być miasteczkiem, oferowało wiele atrakcji, ale wyczerpani wczesną podróżą – postanowiliśmy zregenerować siły drzemką. Później 2-godzinny lot i staliśmy na porcie lotniczym Keflavik, położonym na półwyspie Reykjanes, który mieścił się 50 km od Reykjavíku – naszego miejsca docelowego. Jako ciekawostkę dodam, że lotnisko Keflavík jest rezerwowane dla lądowania - w nadzwyczajnych sytuacjach - promów kosmicznych NASA :-)


Islandia przywitała nas powulkanicznym krajobrazem, który przez godziną obserwowaliśmy zza okna autobusu. Dość dużą niespodzianką był dla nas KEX Hostel, w którym mieliśmy nocować. W pierwszej chwili trochę mnie przeraził wystrój pokoi, który przypominał cele więzienne. Jednak myśl, że będę tutaj tylko spała, z powrotem przywoływała pozytywne emocje związane z pobytem w Islandii. Zresztą miałam to szczęście, że okno mojego pokoju wychodziło na Zatokę Faxa. Efektem każdego dnia mogłam obserwować majestatyczny widok, prezentujący się podczas wschodu i zachodu słońca.


Dopiero po dwóch dniach zaczęłam dostrzegać wyjątkowość Kex Hostel. O ile dobrze pamiętam z opowiadań Sölvi mieściła się tu fabryka ciastek. Stąd KEX (z tłumaczenia ciastko), a jego industrialowe wnętrze w stylu vintage było efektem odbytych podróży właściciela hostelu. Wydawało się, że każdy zakątek Hostelu ma swoją odrębną historię. Niezwykłość tego miejsca spowodowała, że nawet przestał mnie drażnić zapach siarki, wydobywający się z łazienek.


Pomimo tysięcy kilometrów, które dzieliły mnie od domu, mogłam usłyszeć od nieznajomych ojczystą mowę. Właściwie nie było dnia, żebym nie spotkała jakiegoś rodaka (poza uczestnikami BiTriMulti). W końcu ponoć Polacy stanowią tu największą mniejszość. Nawet pracująca w hostelu barmanka była Polką. Nie pamiętam jej imienia, ale chwaliła sobie mieszkanie w Islandii. Jak mówiła - "Jest drogo, ale z tutejszymi zarobkami można w Rejkiawiku spokojnie żyć". Chociaż sama nie jestem w stanie powiedzieć z czego Ci ludzie żyją w Islandii poza turystyką. W Rejkiawiku nie rzuciła mi się w oczy żadna fabryka ani biurowiec. Z kolei poza Rejkiawikiem tylko gdzie nie gdzie można było dostrzec małe osady, a tam gospodarstwa, przy których pasły się owce i konie islandzkie.


PHOTOS BY Róża Błaś