SENTYMENTALNIE O ISLANDII #3


Po doświadczeniu zdobytym w Islandii - nikt nigdy więcej nie namówi mnie na skorzystanie z gotowych wycieczek, ładnie prezentujących się w katalogach biur turystycznych. Wynajęty samochód, grupa znajomych i ciekawość to wystarczający i najlepszy przepis na udaną, pełną niesamowitych przeżyć podróż w nieznane. Bo czym jest sztywny plan dnia, który decyduje za Ciebie kiedy i co możesz zobaczyć?

Swoją przygodę z Islandią rozpoczęłam z Anią, Ewą, Tomkiem, Marie, Maros i Michael. Nie chcąc tracić dnia - o godzinie 9:00 byliśmy już gotowi i podekscytowani tym, co miało na nas czekać. Jednak zanim wyruszyliśmy na podbój tej wulkanicznej wyspy, najpierw jeszcze dopięliśmy kilka spraw związanych z wynajmem samochodu od wypożyczalni, którą polecił nam jeden z pracowników KEX Hostel. Efektem już godzinę później jechaliśmy przed siebie, chłonąc zza samochodowego okna zapierające dech w piersiach widoki.


Zwłaszcza, że gdzieś do godziny 11:00 mogliśmy obserwować wschodzące słońce, którego promienie otulały zmrożony krajobraz Islandii. Co prawda słońce na horyzoncie można było tu dostrzec już kilkanaście minut po godzinie 8:00, ale jego leniwe usposobienie znacznie wydłużało jego poranną wędrówkę po sklepieniu.


Zresztą do dzisiaj nie mogę sobie wytłumaczyć różnic czasowych we wschodach słońca w tym miejscu. Z tego co pamiętam z drugiego dnia pobytu w Islandii - słońce w pełni zeszło dopiero ok. południa. Tymczasem w pozostałe dni raczyło nas swoją obecnością już dużo, dużo wcześniejszą porą, bo trochę po godz. 8:00. Na szczęście noc zapadała dopiero po 20:00, co pozwoliło nam w pełni wykorzystać spędzony na wulkanicznej wyspie czas i zminimalizować ograniczenia związane ze zwiedzaniem.


Zróżnicowany krajobraz poprzecinany pojedynczymi, kolorowymi domkami oraz górami, na których wierzchołkach zalegał śnieg, to obraz Islandii, który zapadł mi w pamięć po pierwszym dniu naszej wyprawy.


Cały dzień jechaliśmy przed siebie, mając gdzieś w głowie miejsca z katalogów podróżniczych, które chcielibyśmy zobaczyć, ale nie zdawaliśmy się na nie. Chcieliśmy poddać się Islandii, aby to ona sama wyznaczała nam trasę.

Po drodze często zatrzymywaliśmy się, aby podejść bliżej, a niekiedy dotknąć wyrastających nam przed oczami niesamowitych tworów matki natury.


Nie mogło się także obyć bez zwiedzania kraterów powulkanicznych. W końcu Islandia to kraj wulkanów, gejzerów i licznych gorących źródeł.


W Rejkiawiku nie doświadczyliśmy żadnego śniegu, co zapewne było skutkiem podgrzewanych chodników. Z kolei poza stolicą przeważały chłodne kolory z marsjańskim krajobrazem. Jedynie miejscami zieleń tworzyła piękny kolaż ze śniegiem. Przykładem jest obszar pokryty gejzerami. Tu w skupieniu każdy wyczekiwał na wybuch wody i pary, aby uchwycić go aparatem.


Jedynie w wyższych partiach gór zetknęliśmy się z prawdziwą naturę Islandii, gdzie wiatr nie był dla nas łaskawy, a także przy Złotym Wodospadzie (Gullfoss), stanowiącym część słynnego Golden Circle. Tu krople zimnej wody wyczuwało się z odległości ponad 50 km, a silny wiatr mroził twarze.


Jednak ten piękny dzień nie do końca był usłany samymi przyjemnymi wspomnieniami. Pod jego koniec czekało na nas wyzwanie, które poddało próbie nasze lęki.

PHOTOS BY Róża Błaś