SENTYMENTALNIE O ISLANDII #5


Nadmiar przygód wcale nas nie zniechęcił, tylko wręcz przeciwnie – jeszcze wzmocnił tkwiącą w nas żądzę poznawania nowego. Zwłaszcza, że z każdym dniem jawił się nam coraz bardziej majestatyczny krajobraz Islandii, a czas naszego pobytu na tej niezwykłej wyspie dobiegał końca.

Przedostatniego dnia jako główny cel naszej objazdowej wycieczki po Islandii wyznaczyliśmy sobie „postawienie swoich stóp na lodowcu”.  Wybraliśmy miejsce docelowe w GPS i ruszyliśmy przed siebie.




Przed siebie po nieznane

Krajobraz, który nam się prezentował zza okna był bardzo urozmaicony – od marsjańskich równin po ośnieżone szczyty gór. W najbardziej zapierających dech w piersiach miejscach stawaliśmy, aby uwiecznić się w plenerze.





Pomimo śniegu dookoła było dość ciepło i jak widać po mojej minie - słońce raziło

W czasie drogi od czasu do czasu wyłaniały się nam kolorowe domki lub pojawiały się osady. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, aby napełnić bak. W budynku znajdowały się 2 osoby obsługujące stację oraz dwóch starszych wiekiem miejscowych. Z tonu ich rozmowy wynikało, że zażarcie przedstawiali różne argumenty w tej samej sprawie. Jeden z nich zapytał się nas skąd jesteśmy i co nas sprowadza do Islandii? W odpowiedzi na informację, że z Polski - powiedział:

- Poland... Prince Polo!

No tak, kto był na Islandii wie, że rodzimi mieszkańcy tej wyspy lubują się w Prince Polo. Prince Polo można było tu dostrzec w każdym sklepie. Z resztą wafelki te były rozłożone na sklepowych półkach na wprost wejścia do budynku ww. stacji benzynowej. Nawet zdawało się, że w Islandii - na wzór podań o mieczu Artura - krążą o nim legendy :-).


Tego dnia zatrzymywaliśmy za każdym razem, gdy według mapy z KEX Hostel w bliskim otoczeniu miał znajdować się któryś z pomników islandzkiej przyrody, godny podziwu z bliska.


Jednak dla mnie jednym z większych przeżyć było zobaczenie po raz pierwszy w życiu oceanu. Niby niczym nie różni się od morza, ale zawsze ma się tę myśl, że to coś bardziej nieograniczonego.


No i było mnóstwo śmiechu - jak chłopcy zamoczyli swoje buty, próbując dotknąć wód oceanu. Ot niesforne fale!. Jak chodzili na boso po zmrożonej ziemi. Jak suszyli skarpetki, które przytrzaśnięte szybami w samochodzie, powiewały na zewnątrz. Jak Michael przypomniał sobie w trakcie naszej dalszej drogi, że zapomniał zabrać ze sobą do samochodu butów i musieliśmy po nie wracać :-D.




Gdzie się podział latarnik?

>W ten sposób dotarliśmy do miejsca, które dzieliło nas zaledwie o krok, a może o skok od osiągnięcia wyznaczonego celu. Jednak ucząc się na błędach poprzedniej wyprawy – postanowiliśmy dopytać o drogę miejscowych. Zatrzymaliśmy się przy jakiejś restauracyjce osady (liczącej nie więcej niż kilkanaście domów), która przecinała naszą drogę. Właścicielka restauracji – starsza, bardzo miła kobieta - zgodziła się obniżyć ceny, gdy jeszcze tego samego dnia wszyscy w szóstkę zjemy u niej obiad, zdążając wrócić przed zamknięciem lokalu.


Upewniła nas także, co do drogi na lodowiec i wyjaśniła jak najłatwiej tam dojechać. Niestety okazało się później, że była to najgorsza z możliwych opcji, ale o tym już w kolejnym poście :-).

PHOTOS BY Róża Błaś