SENTYMENTALNIE O ISLANDII #6


Przedostatni dzień spędzony w Islandii był dla nas równie ekscytujący, co poprzednie. Ta gorąca wyspa skrywała w sobie tyle niesamowitych tajemnic, że odkrywanie każdej z nich z osobna mogłoby konkurować z wizytą 5-latka w Disneyland. Zresztą z niektórymi z nich przyszło nam się także spotkać wspomnianego dnia w drodze na szczyt lodowca.

Droga na lodowiec prowadziła wąskimi, ośnieżonymi i oblodzonymi ścieżkami. Dodatkowo dramaturgii scenerii dodawały strome, zasypane śniegiem zbocza, które w razie wpadnięcia samochodu w poślizg – nie dawały nam jakichkolwiek szans na przeżycie. Swoją konsekwentną wyprawę przerwaliśmy dopiero, gdy nadjeżdżający z naprzeciwka kierowca samochodu zatrzymał się i poradził nam, abyśmy już nie jechali dalej. On sam postanowił zawrócić w momencie, gdy droga wydawała się już nie do przejechania.


Tak też zrobiliśmy. Zaparkowaliśmy samochód z boku, nie blokując przejazdu i pieszo weszliśmy jeszcze kilkadziesiąt m n.p.m., co też nie było takie łatwe, gdyż z trudem można było utrzymać się na oblodzonej ścieżce. Szliśmy więc miejscami, gdzie lód był przykryty grubą warstwą jeszcze nie do końca zmrożonego śniegu. Tam postanowiliśmy rzucić się w wir ślizgania i pomimo tablicy informującej – nie schodzić w sezonie, gdy leży śnieg – zwiedzić jaskinię.


Po kilkudziesięciu sekundach schodzenia w dolinę zrozumieliśmy, że ta tablica nie była postawiona od tak dla samej zasady. Z każdym krokiem traciło się poczucie stabilności. O ile na początku ziemia była pokryta sypkim śniegiem, to dalej dominował lód. W takich warunkach z trudem udawało mi się utrzymywać na ścianie góry, pokrytej oblodzonym śniegiem.

W pewnym momencie stwierdziłam, że dalej nie idę. Usiadłam na kawałku wystającego kamienia i z przerażeniem patrzyłam w dół jak podobne do niego wystają spod śniegu. Nie było nawet mowy, abym się obróciła. Miałam wrażenie, że nawet drobny, niewłaściwy ruch sprawi, że ześliznę się w dół, obijając sobie głowę o wystające kamienie. Z pomocą przyszedł mi Tomek, który jakimś cudem pomógł mi wydostać się, wciągając mnie w miejsce bardziej przyjazne do wspinania.

Zalana potem z utrzymującym się przerażeniem w oczach w końcu dotarłam do jaskini. Weszłam do jej wnętrza i…


Nawet nie wyobrażasz sobie z jakim zaskoczeniem przyszło mi się spotkać!  Owa jaskinia - jeżeli można tak w ogóle o niej powiedzieć - liczyła z 20 m kwadratowych, a tu jeszcze droga powrotna! Skłamię jeżeli napiszę, że było łatwiej pokonać tę samą drogę w drugą stronę, ale skoro publikuję ten post, to jakoś dałam radę.


Potem jeszcze czekało nas podziwianie widoków, zjazd w dół na kurtkach po oblodzonej ścieżce i pokonanie reszty trasy samochodem. Ta ostatnia część była szczególnie trudna do tego stopnia, że śmierć po raz drugi spojrzała mi w oczy podczas pobytu w Islandii. Niestety moje zdjęcia nie oddają tego (albo „stety”, bo moja mama chyba dostałaby zawału na sam widok).

Na szczęście bez rysy na masce udało nam się pokonać drogę powrotną. Jednak emocje opadły dopiero przy posiłku, gdy zmęczeni dzieliliśmy się wrażeniami z dnia. Na pokrzepienie sił Michael poczęstował nas jeszcze zachomikowanymi – najbardziej słodkimi jakie dotąd jadłam – słodyczami maltańskimi.


Powoli zapadał zmrok, a nas czekał jeszcze powrót do KEX Hostel. Na domiar złego popsuły się długie światła w samochodzie. Ale nie to było najgorsze! Wiedzieliśmy, że dzisiaj już więcej nic nie zobaczymy, że będzie trzeba się wyściskać na pożegnanie, a na drugi dzień wczesnym rankiem ostatni raz spojrzeć na Islandię zza okna samolotu.

PHOTOS BY Róża Błaś