SENTYMENTALNIE O ISLANDII #7


Smarowanie masła kamieniami wyszlifowanymi przez wody oceanu, jedzenie hot dogów ze słynnej na cały świat – dzięki wyniesieniu w kosmos kubków smakowych Billa Clintona - budki, czy obserwowanie zorzy polarnej, to tylko kilka z wielu wspomnień, z którymi jeszcze nie podzieliłam się z Tobą, a które przywiozłam z Islandii. Jednak w tym ostatnim poście o Islandii chcę przede wszystkim przekazać Ci moje wyobrażenia o mieszkańcach tej niesamowitej wyspy, które utrwaliłam w trakcie pobytu.

PO PIERWSZE: odrębność

Islandczycy przykładają bardzo dużą wagę do indywidualności. Wyrazem tego jest chociażby manifestowanie własnego stylu na ulicy, co powoduje, że  z trudem przychodzi znalezienie w promieniu 400 m dwóch tak samo ubranych rodowitych mieszkańców Islandii.

Innym przykładem jest traktowanie każdego z szacunkiem. Sölvi 3x przepraszał mnie, gdy na identyfikatorze wydrukował moje imię z literą „o” zamiast „ó”, co właściwie było miłe z jego strony. Za granicą trudno o taką dokładność i poza Islandią jeszcze tylko raz - w Finlandii - zdarzyło mi się spotkać z poprawną pisownią mojego nazwiska.

DRUGIE: powściągliwość

Jak na Skandynawów przystało - Islandczycy bardzo ostrożnie podchodzą do zawierania nowych znajomości. Efektem trzeba się nieźle nagimnastykować, aby zdobyć ich zaufanie. Mimo wszystko gościnność zawsze stanowi dla nich priorytet.

PO TRZECIE: służenie pomocą

Nigdzie dotąd nie spotkałam się z taką chęcią pomagania obcokrajowcom i przyjazną obsługą klienta jak w Islandii. Uśmiech i pomoc powodowała, że wychodziło się ze sklepu w tak pozytywnym nastroju, że nawet wysokie ceny puszczało się w niepamięć.




Najstarszy dom w Rejkiawiku

CZWARTE: dwujęzyczność

Znajomość języka gospodarzy niekoniecznie jest istotną (choć życie mi nieraz pokazało, że dość przydatną) umiejętnością podczas pobytów poza granicami kraju. Przekonałam się o tym m.in. będąc w Bułgarii, gdy zamknięto mnie w sali informatycznej, znajdującej się na II piętrze, ale to temat już na inny post. Na szczęście w Islandii nie ma najmniejszego problemu z porozumieniem się w języku angielskim. Władają nim niemal wszyscy bez względu na grupę wiekową. Efektem można poplotkować zarówno z 5-latkiem, jak i 80-latkiem.

O dziwo często brano mnie za „swojaka” i np. w sklepie witano się ze mną po islandzku, a nie po angielsku jak miano w zwyczaju na widok osoby, wyglądem wskazującym na inną narodowość.


Islandia, to idealne miejsce dla osób, które chcą doznać wizualnych rozkoszy, a nie czują się na siłach, aby podróżować do bardziej egzotycznych krajów. W ramach każdego postu starałam się zamieszczać po kilka zdjęć, aby choć trochę zwizualizować piękno Islandii osobom, które jeszcze nie miały okazji  jej odwiedzić. Jednak przeglądając się tym zdjęciom doszłam do wniosku, że nawet w 30% nie oddają one specyficznej atmosfery tej wulkanicznej wyspy. Przy czym nawet nie chodzi mi tutaj o wszechobecny zapach siarki :-), ale o to słodkie uczucie, które czuje się głęboko w sobie.




Widzicie tych szaleńców?

Kończąc pisać ten post zastanawiałam się, co będzie idealnym akcentem kulminującym moją wyprawę po zachodnim wybrzeżu Islandii i wtedy przypomniałam sobie o islandzkiej kołysance, której słowa zapisane na kartce dostałam od recepcjonisty KEX Hostel. Zresztą pora już późna, więc życzę Ci bajkowych snów o… pełnych przygód podróżach po Islandii.


PHOTOS BY Róża Błaś